Actions

Work Header

Magia bezróżdżkowa

Chapter Text

 

Banish Air from Air— Divide Light if you dare—

Powietrze z powietrza przegnaj

Jeśli śmiesz, światło przełam

—Emily Dickinson

 

 

Przed Wizengamotem stał już wcześniej dwukrotnie i żadne z tych wspomnień nie było zbyt przyjemne.

Ostatnim razem, trzy lata temu, tkwił gdzieś pośrodku długiego szeregu czarodziejów i czarownic, które najwyższa rada chciała odznaczyć za udział w wojnie z Voldemortem. Wyglądało to wówczas tak, jakby stawili się tu wszyscy obywatele magicznego świata oraz ich domowe skrzaty, choć większość z nich (z tego co wiedział) nawet palcem u nogi nie kiwnęła w walce przeciwko Czarnemu Panu — a on, szpieg dla Jasnej Strony, dostał cholerny Order Merlina Czwartej Klasy.

Było to sześć miesięcy po posiedzeniu, na którym zeznawał jako świadek w sprawie śmierci Albusa Dumbledore'a. I aby nie narazić swojej pozycji, w sytuacji gdy na wolności wciąż jeszcze znajdowało się wielu Śmierciożerców, nie mógł puścić pary z ust na temat tego, co naprawdę myślał o tym człowieku.

Dzisiaj jednak czuł się zdecydowanie gorzej.

- Severusie Domicjanie Snape, za zbrodnie przeciwko światu magicznemu skazujemy cię niniejszym na dożywotnią banicję – oznajmiła śpiewnym głosem pulchna czarownica (przypominał sobie niejasno, że uczęszczała do jego klasy podczas jego pierwszego roku pracy w Hogwarcie). – Proszę oddać różdżkę.

Snape wiedział, że ma tylko parę minut, zanim troll z ochrony wtargnie do środka, aby go wyprowadzić z budynku. Ale walcząc z mdłościami nad ministerialną muszlą klozetową postanowił, że wykidajło będzie po prostu musiał poczekać. Ten przerażający trzask łamanego drewna… Okropniejszy niż ból spowodowany Cruciatusem, który w końcu przecież zawsze ustawał, straszliwszy niż złamana kość, którą łatwo można było wyleczyć. Hebanowa różdżka z włóknem z serca smoka — sztywna, dwunastocalowa — stanowiła przedłużenie jego samego, jedyną naprawdę piękną jego część, część, którą właśnie nieodwracalnie utracił.

W jego rozpaczliwe rozmyślania wdarł się dźwięk otwieranych drzwi do łazienki.

- Wynoś się, ty lizusowaty imbecylu - wychrypiał, opierając się na brzegach muszli i chwiejnie podnosząc się na nogi.

- No, no, Severusie – odparł chłodny głos. – Jak dobrze ci wiadomo, taki ton znosiłem tylko u jednej osoby.

- Lucjusz? - Snape poczuł nagły przypływ ulgi, którą szybko zastąpiła złość. – Co, chcesz mi może udzielić kilku dobrych rad, jak żyć po mugolsku?

- Może to dziwne, ale tak – odparł Malfoy. – Otwórz, dobrze? Nie przepadam za konwersacją z drzwiami.

Przemknęło mu przez myśl, że mógłby po dziecinnemu odmówić. Nie miał zbytniej ochoty wysłuchiwać rad człowieka, który zachował się wobec niego jak Lucyfer wobec Dantego, wprowadzając go do po trzykroć przeklętego kręgu Śmierciożerców. Z drugiej strony przez lata wypracowali między sobą coś w rodzaju połowicznej przyjaźni, dzięki czemu udało mu się na kilka ostatnich straszliwych miesięcy wojny przekonać Malfoya, by został szpiegiem.

Westchnął. Teraz liczyło się tylko to, że – straciwszy wraz z różdżką pracę, dom i konto w Gringotcie – rozpaczliwie potrzebował pomocy. Jakiejkolwiek.

Zza drzwi dał się słyszeć niecierpliwy głos Malfoya:

- A zresztą mógłbym po prostu przelewitować cię na moją stronę. Raczej nie jesteś teraz w stanie rzucić ochronnego zaklęcia.

- Jakież to dla ciebie typowe, uzmysławianie mi tego w takiej chwili - zauważył Snape, popychając drzwi i maszerując do zlewu. – No więc? Pośpiesz się, bo nie mogę się wprost doczekać, by porzucić jedyny znany mi świat dla kierującego się niezrozumiałymi zasadami społeczeństwa, które rozbija się po świecie w metalowych pudłach.

- Czarujący jak zawsze. Nie zakręcaj kranu i odwróć się – powiedział cicho Malfoy.

- Och, daruj sobie tę zabawę w podwójnego agenta, nie byłeś szpiegiem znowu aż tak długo…

- Nie będę tu rzucał zaklęć, a troll na korytarzu może podsłuchiwać – powiedział stanowczo Malfoy. – Masz. To mugolskie pieniądze, za które weźmiesz jedno z tych metalowych pudeł, o których z takim zachwytem przed chwilą się wyrażałeś. A to jest adres, pod jaki pudło ma cię zawieźć. Nikomu tego nie pokazuj. Bierz.

- Co jest grane? – zapytał spokojnie Snape.

- Zobaczysz. Zaufaj mi.

Snape spojrzał na Malfoya, przypominając sobie wyraźnie siódmy rok w Hogwarcie i krótką rozmowę w kiblu Pod Świńskim Łbem: Teraz jesteś pełnoletni, możesz się przyłączyć…

- Nie żądasz przypadkiem zbyt wiele? — zaczął, czując napływającą nową falę mdłości.

- Nic ci nie grozi, zapewniam cię, zresztą nie jesteś w sytuacji, w której możesz pozwolić sobie na jakieś obiekcje. Ale jako że sam nie mam najmniejszego zamiaru korzystać w przyszłości z tego miejsca, nikt nie może mnie z tobą zobaczyć, więc wyjdź stąd, zanim ktoś tu zajrzy.

- Kiedy ostatnim razem, idąc za twoimi wskazówkami, udałem się do nowego, ekscytującego miejsca, skończyłem z tatuażem na przedramieniu - powiedział zjadliwie Snape. – Wybacz, jeśli zdaje mi się, że sam sobie lepiej poradzę.

Malfoy zacisnął usta.

- Przyznaję, że dałem się… wprowadzić w błąd w sprawie Czarnego Pana. Jak mniemam, jestem ci coś winien za to, że pomogłeś mi zrozumieć, że jego… ekstrawagancje wystawiały na niebezpieczeństwo nawet jego lojalnych zwolenników. To raczej nie twoja wina, że nie wszystko wyszło idealnie, nikt nie mógł przewidzieć takiego obrotu rzeczy.

- Wiesz, co Ministerstwo…?

- Tak. Możesz to uznać za wyrównanie rachunków.

- Jestem przekonany, że kamień spadł ci z serca – zauważył cierpko Snape, ale w końcu wsunął do kieszeni dziwaczny banknot i skrawek papieru, na którym ktoś napisał wyraźnym, jakby znajomym charakterem pisma: Dom numer 27 na Delphian Way, Londyn.

- Malfoyowie zawsze spłacają swoje długi.

- Tak, to prawda – odpowiedział były dyrektor Hogwartu, odwracając się do drzwi w powiewie czarnych szat. – Tylko że zazwyczaj oznacza to groźbę.

Jadąc windą do atrium Snape czuł, jak w plecy wbijają mu się spojrzenia ciekawskich. Na jego lewym ramieniu zaciskała się niczym imadło gigantyczna dłoń strażnika. Wizengamot niewątpliwie chciał mieć pewność, że Snape nie sprawi żadnych problemów.

Kiedy tylko drzwi się otworzyły, ruszył dumnie do przodu – a przynajmniej na tyle dumnie, na ile pozwalał krępujący mu ruchy napór ogromnego cielska trolla – i uniósł hardo głowę. Nawet jeśli ściskało mu się serce i żołądek, nie da tego po sobie poznać. Zwłaszcza nie wtedy, kiedy Ministerstwo, chcąc usunąć go z drogi, zrobiło wszystko, by odmalować go jako zboczeńca. Nie miał zresztą szans, by wymknąć się niezauważenie. W atrium zapadła grobowa cisza, kiedy tylko postawił w nim pierwszy krok.

Uniósł górną wargę we wzgardliwym grymasie.

Tuż przed budką telefoniczną, która służyła za windę do mugolskiego Londynu, postanowił wykorzystać masę ciała trolla. Pochylił się nagle, wybijając z równowagi strażnika, który potknął się i wpadł z rozmachem na ścianę. Snape obrócił się na pięcie, po raz ostatni rozkoszując się uczuciem, jakie wywoływały w nim zawsze jego powiewające szaty i zdarł z siebie strój, który przez całe dorosłe życie chronił go niczym tarcza i stanowił kropkę nad i w jego osobowości.

- Zdaje mi się, że nie będę już tego dłużej potrzebował – oznajmił spokojnie tłumowi, przerzucając szaty przez ramię. – Obawiam się, że to tylko kwestia czasu, kiedy przyjdzie chwila, w której albo podzielicie mój los, albo znajdziecie się w takim samym kieracie, jaki musielibyście znosić pod rządami Voldemorta.

Zamykające się drzwi windy odcięły go go od pełnych oburzenia okrzyków tłumu i złowrogiego pomruku wydobywającego się z gardła trolla. Ruszając w górę Snape przywdział na twarz gorzki uśmiech. Ale nawet przyjemność, jaką odczuł z zaaranżowania tej dramatycznej sceny na zakończenie kariery, nie mogła złagodzić jego wściekłości i uczucia pustki, które nim zawładnęło, kiedy winda zatrzymała się na zewnątrz.

- Opuszcza pan świat magiczny – odezwał się beznamiętny kobiecy głos, nadawany za pomocą magii w budce telefonicznej. – Proszę tu już nie wracać. Do widzenia.

 

 

^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^

Uwagi autorki:

  1. "Severus Domitian Snape …": Domicjan był cesarzem rzymskim, jednym z najgorszych. W źródłach opisuje się go jako człowieka chłodnego, pozbawionego poczucia humoru, podejrzliwego, trzymającego się na dystans wobec ludzi i okrutnego, podobno lubował się w zabijaniu much za pomocą stylusa.
    4. Lucyfer wobec Dantego: W rzeczywistości to Wergiliusz jest przewodnikiem Dantego po Piekle, a później po trochę przyjemniejszym miejscu. Ale bądźmy wyrozumiali: Snape jest czarodziejem, nie nauczycielem angielskiej literatury.