Actions

Work Header

Magia bezróżdżkowa

Chapter Text

Rozdział dziewiętnasty, czyli atak



Jako że był to piątek, a tym samym miała ostatnią szansę, by dowiedzieć się czegoś ważnego w tym tygodniu, Hermiona wymaszerowała z domu nr 27 na Delphian Way z zupełnie nową determinacją. Wymieniła eliksiry na galeony i zamierzała właśnie pójść i wymienić galeony na funty, gdy rozległo się ostre „pop” i na ulicę teleportowała się postać w białej masce i czarnym płaszczu.

 

Wszystko potoczyło się bardzo szybko.

 

Krzyk kobiety wdarł się w stłumiony gwar uliczny, gdy ktoś — śmierciożerca? — zaatakował serią zaklęć, trafiając co najmniej pięć osób. Czarownice i czarodzieje rzucili się do ucieczki we wszystkich kierunkach, potykając się o siebie nawzajem, teleportując się, wbiegając do sklepów. Dziecko pozostawione samo w zaułku kuliło się i płakało.

 

W zaułku niedaleko pubu Pod Trzema Miotłami kuliło się koło ciała matki dziecko. Emmeline Vance leżała twarzą do ziemi w kałuży krwi. Tarcza Dumbledore’a załamywała się pod naporem zaklęć Voldemorta…

 

Słyszała gorączkowy głos Snape’a, ale nie była w stanie zrozumieć słów —  zagłuszały je krzyki. Nikt nic nie robi! Czemu nikt nic nie robi? Hermiona instynktownie sięgnęła po swoją nielegalną różdżkę, ale powstrzymała się w ostatniej chwili — jak burza przemknęli koło niej Aurorzy, śpiesząc tam, gdzie zapanował chaos. Jak przez mgłę dojrzała na czele grupy Michaela Cornera — wystrzelił z różdżki promień czerwonego światła, który minął cel o milimetry.

 

Pop. I było po wszystkim. Napastnik zbiegł.

 

Poziom  decybeli na Pokątnej nagle — o dziwo — się zwiększył: ranni jęczeli, ludzie, którzy robili zakupy i zostali rozdzieleni od swoich znajomych nawoływali się piskliwymi, zaniepokojnymi głosami; Aurorzy wywrzaskiwali rozkazy, niektórzy rzucali zaklęcia śledzące, inni teleportowali się, jeden pojawił się nagle z uzdrowicielami.

 

… ale nic już nie mogli dla niego zrobić, Dumbledore nie żył …

 

— Na litość Merlina, panno Granger, niech pani coś powie! — krzyknął Snape; jego głos brzmiał tak, jakby odchodził od zmysłów.

 

— Śmierciożerca — powiedziała, niejasno zdając sobie sprawę, że drżały jej ręce. Wcisnęła je do kieszeni. To nie była pora, by myśleć o bitwie, która miała zakończyć wszystkie bitwy. — Są ranni.


Nastała chwila ciszy.

 

— Tak też uznałem, słysząc krzyki — powiedział lodowatym tonem. Próbowałem ustalić, czy i pani nie jest ranna. Podczas gdy pani gapiła się na to wszystko z szeroko otwartymi ustami, ja mogłem tylko wysnuć wniosek, że została pani zabita.

 

Miała ciętą replikę na końcu języka,  ale w ostatniej chwili jej zdrowy rozsądek dogonił poczucie urazy. Już wcześniej zrozumiała, że przy Snapie należało słuchać tego, co miał na myśli, nie zaś tego, co mówił — cóż za ciekawe ćwiczenie dla mózgu! — i tym razem mogłaby postawić wszystkie galeony, jakie miała przy sobie, że straszliwie się o nią niepokoił. Śpiesznie stłumiła ciepłe uczucie, które wzbudziła w niej ta myśl; bo niby dlaczego miałby się nie martwić? Miał przecież pełne prawo uważać, że właśnie został zerwany jego jedyny pewny kontakt z magicznym światem.

 

— Nic mi nie jest — powiedziała oschle, znowu poirytowana.

 

— Ma pani natychmiast wracać.

 

— Nie! Nie zmarnuję tego dnia.

 

— Panno Granger, nalegam. Musi pani...

 

— Niech się pan odpieprzy.

 

Wcześniej ustaliła ze Snape’em, że spędzi w piątek więcej czasu na przeszpiegach w Świętym Mungo. Ale kiedy oparła się o ścianę sklepu, próbując się uspokoić i przyglądając się z roztargnieniem Aurorom rzucającym zaklęcia w miejscu zamachu, uderzyła ją pewna myśl.

 

Kupiła gazetę (ŚMIERCIOŻERCY RZUCAJĄ KLĄTWĘ NA BABCIĘ W ISLINGTON), poszła do Gringotta, wymieniła pieniądze, udała się siecią Fiuu do Ministerstwa, poprosiła o wskazówkę strażnika i zjechała windą na poziom 10, na samo dno budynku.

 

— Chciałabym się zobaczyć z panem Scrimgeourem — powiedziała do sekretarki przy biurku w recepcji, nie zwracając uwagi na Snape’a, syczącego: „Co pani do cholery wyprawia?

 

— W jakim celu? — spytała podejrzliwie czarownica w podeszłym wieku, mrużąc oczy.

 

— Ponieważ jest dyrektorem Departamentu Informacji. A ja mam informacje.

 

— Jest zajęty.

 

— To porozmawiam z jego zastępcą.

 

— Jest zajęta.

 

— To ja poczekam.

 

— Absolutnie nie — warknęła sekretarka, ale w tej właśnie chwili z pokoju obok wyszła wysoka kobieta z włosami przyciętymi na pazia.

 

— Cześć, Hermiona! — odezwała się. — Tak mi się zdawało, że to twój głos.

 

— Pracujesz w Departamencie Informacji? — zdziwiła się Hermiona. Momentalnie zdała sobie sprawę, że to idiotyczne pytanie, ale była tak zdziwiona, że nie zdążyła się ugryźć w język.

 

Lisa Turpin była w Ravenclawie, co oznaczało, że Hermiona dobrze się z nią dogadywała na tych paru przedmiotach, na które razem chodziły — głównie dlatego, że obie lubiły logikę i arytmancję. Lisa z pewnością zrozumie, jakie zagrożenie wiąże się z nieustannym zbieraniem przez rząd wszystkich możliwych informacji o wszystkich obywatelach.

 

— To ja jestem zastępcą, o którego pytałaś — rzekła Lisa. — Chodź, pogadamy u mnie.

 

Młodziutka ministerialna szycha powiesiła na ścianach swojego gabinetu fotografie, magiczne i mugolskie. Hermiona rozpoznała na jednym z nich młodszą siostrę Lisy, Tarę. W czarnej matowej ramce Terry Boot śmigał tam i z powrotem na miotle — już na zawsze młody. Na biurku stała tabliczka z napisem: „Wiem, czy byłeś grzeczny czy nie”.

 

— Ehm… — odchrząknęła Hermiona, czytając napis.

 

— A, taki tam dowcip wywiadu — wyjaśniła Lisa, uśmiechając się szeroko. — Mandy dała mi to, kiedy dostałam to stanowisko. W czym mogę ci pomóc?

 

— Przyszłam prosto z Pokątnej. Pomyślałam, że jako naoczny świadek mogę się wam przydać.

 

— Wątpię, chyba że dostrzegłaś jakieś jego cechy szczególne. — Lisa zmarszczyła brwi. — Facet teleportował się, porzucał sobie zaklęcia i znikł, prawda? Zawsze robią to samo — to okropnie irytujące.

 

— Nie byłabym nawet w stanie stwierdzić, czy to był facet, czy kobieta — przyznała Hermiona. Z udawaną obojętnością zadała pytanie w sprawie, która ją olśniła kwadrans wcześniej: — Jeśli możecie wyśledzić teraz wszystkie zaklęcia, jak im to w ogóle uchodzi na sucho?

 

Lisa zacisnęła usta.

— Przypuszczamy, że niektórzy z tych śmierciożerców mają niezarejestrowane różdżki z zagranicy. Ale nie martw się. Nikt nie będzie już ich tu więcej sprowadzał.

 

— Dlaczego nie?

 

— Niedługo to ogłosimy, więc chyba mogę ci powiedzieć. Ministerstwo  właśnie postawiło specjalną tarczę wokół Wielkiej Brytanii, żeby zablokować import z zagranicy.

 

— Ale jak można ustawić taką tarczę, żeby blokowała różdżki — i to w dodatku różdżki innych producentów niż Ollivander?...

 

— Nie można. Tarcza uniemożliwia przemieszczanie się czarodziejom w jedną i w drugą stronę.

 

Hermiona usłyszała, jak Snape nagle wstrzymuje oddech.

 

— Ale… Ale ja mam przyjaciół na wakacjach za granicą! — wykrzyknęła zduszonym głosem Hermiona. Przed oczami zawirowali jej jak w kalejdoskopie Weasleyowie uwięzieni poza krajem. — Nie będą mogli wrócić do domu!

 

— To sytuacja awaryjna. — Głos Lisy brzmiał poważnie. — Drastyczne czasy, drastyczne środki. Nie będziemy trzymać tej osłony w nieskończoność  — tylko do czasu, aż wyłapiemy tych śmierciożerców. A tymczasem zadamy materialny cios ich możliwościom rekrutacyjnym, bo każda różdżka, którą kupią w kraju, doprowadzi nas prosto do nich.

 

— Niech jej pani powie, że to dobry pomysł — szepnął Snape. — Proszę się wziąć w garść, panno Granger!

 

— Ach — no tak... Tak, rozumiem. Bo może ci śmierciożercy mogą się nawet ukrywać między atakami — na przykład w Niemczech...

 

Właśnie, i o to cho… — Lisa przerwała, bo w pokoju rozległo się głośne szczęknięcie, sygnalizujące, że przesunęła się wskazówka na zegarze ściennym. Zebranie, głosił ozdobny napis pod wskazówką.

 

A niech to — westchnęła, wstając. — Miło było cię widzieć. Przepraszam, ale muszę zmykać.

 

Wyszła szybko z gabinetu do sekretariatu. Kiedy przechodziła przez drzwi za nieuprzejmą sekretarką, Hermiona zdążyła dojrzeć ogromną salę, której ściany były pokryte poruszającymi się kropkami.

 

— A czy teraz mogę panią wreszcie prosić o powrót? — syknął Snape.


***

Złapał ją za ramiona i popchnął na sofę, kiedy tylko weszła do domu.

 

— Proszę opowiedzieć mi wszystko, co widziała pani na Pokątnej — powiedział cicho, stojąc nad nią. Wyglądał, jakby kipiał z wściekłości.

 

— W gruncie rzeczy niewiele. Ten typ wyglądał jak śmierciożerca. Teleportował się — lub teleportowała — w sam środek tłumu, rzucił kilkanaście zaklęć i teleportował się gdzieś z powrotem, jak tylko zjawili się Aurorzy — „pop” i już go nie było.

 

Snape chodził w tę i we w tę przed, z rękoma założonymi do tyłu.

 

— Biała gładka maska?

 

— Tak.

 

— Czarny płaszcz z zapinką w kształcie srebrnego węża?

 

— Eee… Nie wiem, jaką miał zapinkę. Byłam za daleko.

 

— I był tylko jeden? — spytał, marszcząc brwi. — Nigdy tak nie działali, kiedy...

 

Przerwał w pół kroku.

— Powiedziała pani, że kiedy się teleportował, słychać było „pop”?

 

Hermiona skinęła głową.



Snape westchnął głęboko i opadł na sofę na drugim jej końcu.

— To nie był żaden śmierciożerca. Pierwsze, czego uczył nas Voldemort, kiedy już nas obdarzył swoim znakiem, to jak się bezgłośnie teleportować.

 

— W takim razie to sprawka Ministerstwa… — szepnęła. Przyszło jej to do głowy już dawno, ale żywiła rozpaczliwą nadzieję, że to jednak  nieprawda.

 

— Nikt nie zginął w żadnym z tych ataków. Już sam ten fakt jest podejrzany.

 

— Jeśli szybko nie rozgryziemy tej sprawy i nie wymyślimy, jak zdemaskować winowajców, być może już na zawsze będziemy mieli przekichane — powiedziała, trąc dłońmi piekące ją oczy. — Jesteśmy tu teraz uwięzieni, zdaje pan sobie sprawę? O Boże… Moi rodzice są w tym tygodniu we Francji, na konferencji! Czy oni też nie będą mogli wrócić?

 

— Zakładam, że Ministerstwo ustawiło tarczę tylko na czarownice i czarodziejów. Różnimy się od Mugoli fizjologicznie — magia jest nierozerwalną częścią naszego organizmu, nawet jeśli po nią nie sięgamy. Pani rodzicom raczej nic nie grozi; ja jednak jestem w pułapce, tak samo jak pani. To, że zdołano ustawić tak ogromną tarczę, oznacza, że wszyscy pracownicy Ministerstwa wypowiedzieli zaklęcie jednocześnie.

 

— Mówiła, że to nie na zawsze, ale ja w to nie wierzę — mruknęła Hermiona.

 

— Nie powiedziała mi pani jeszcze, kto jest tą zastępczynią.

 

— A, tak... Lisa Turpin. Skończyła szkołę w tym samym czasie co ja. Lubię ją; nie rozumiem, jak może się na to godzić.

 

Snape spojrzał na nią w osłupieniu.

Turpin? A to ci dopiero! Uczennica z Hufflepuffu, którą jakoby uwiodłem, to jej cholerna młodsza siostra.