Actions

Work Header

Turniej

Chapter Text

 

Mistrzyni Jocasta Nu kochała porządek. W Archiwach Świątyni Jedi, tej istniejącej od tysięcy lat skarbnicy wiedzy, pełniła rolę oddanej służebnicy absolutnego porządku. Zaciekła w swej uprzejmości, onieśmielająca w swym poczuciu godności, fascynująca w swej surowości, była postrachem i autorytetem wielu padawanów i adeptów. Tym, którzy szukali wiedzy, jawiła się jako strażniczka wrót, wymagająca, by każdy, kto chce wkroczyć do królestwa wiedzy pozostawionej w spadku po przeszłych pokoleniach, przeszedł najpierw ciężkie próby. Dla tych, którzy pogwałcili świętość porządku i ciszy Archiwów, jej legendarny gniew stanowił najgorszą karę, jaką można by sobie wyobrazić. Była najwyższą władczynią, regentką straszliwego majestatu, wcieleniem najsroższych i najbardziej wymagających aspektów filozofii, awatarem czystej, bezlitosnej prawdy.

Obi-Wan Kenobi nie bał się jej wcale.

A to sprawiło rzecz jasna, że zaskarbił sobie jej sympatię. Był na tyle przenikliwy lub wręcz cyniczny, by przejrzeć jej sfabrykowany wizerunek, stworzony przez pokolenia obdarzonych bujną wyobraźnią studentów; darzył ją prawdziwym, szczerym szacunkiem, a to mogła przyjmować tylko z aprobatą. Poważny – zbyt poważny, zdaniem niektórych – na tyle, by tak skupiać się na zdobywaniu wiedzy, że ledwo zauważał istnienie jej strażniczki i służebnicy, nie mógł nie oczarować wrażliwości uczonej. Aprobowała w najwyższym stopniu jego zapatrzenie w wiedzę. Charyzmatyczny i wystarczająco inteligentny, by umieć odeprzeć okazjonalne szorstkie napomnienia Jocasty filuterną uwagą lub repliką wręcz kąśliwą, rozbrajał jej serce wojowniczki i wywoływał u niej rzadko spotykany przypływ matczynych, a raczej – po prawdzie – babcinych uczuć. To akurat przyjmowała z mniejszym entuzjazmem, ale z wiekiem przychodzi również mądrość i to, czego nie można przezwyciężyć, należy wszak zaakceptować.

Z czasem uznała, że młody Jedi jest po prostu uroczy – a cecha ta nabierała jeszcze większej mocy przez to, że nie zdawał sobie z tego sprawy. I tak, gdy ujrzała, jak Obi-Wan siedzi sobie spokojnie przy jednym z terminali w zatopionym w świetle, bo wychodzącym na wschód zakątku głównej sali, wczesnym rankiem w dniu Turnieju Chakory Sevy, owładnęło nią niepowstrzymane pragnienie, by zapytać go natychmiast, cóż takiego tu robi. Na niebiosa, chłopak narodził się – został ukształtowany przez samą Moc – by wygrać właśnie te zawody. Tymczasem wyglądało to tak, jakby postanowił nie brać w nich w ogóle udziału.

Podeszła do niego – siedział na widoku, każdy mógł go zauważyć – i zajrzała mu przez ramię. Na ekranie, który miał przed sobą, wyświetlały się zawiłości podręcznika do nauki języka. Spędzał zatem ten niezwykły poranek w dość nietypowy sposób.

– Uczysz się twi'lekańskiego na cześć mistrza Sevy? – zagadnęła.

Uprzejmie podniósł na nią oczy.

– Na cześć mistrza Jinna – odparł i uśmiechnął się szelmowsko. – Przyznał się, że nie zdał egzaminu z tego języka trzy razy, choć biegle posługuje się kilkoma innymi językami. O wiele bardziej woli huttyjski.

Jocasta Nu prychnęła cicho.

– Twi'lekański to piękny język. Ma precyzyjną, złożoną konstrukcję, jak dobra architektura. Jego gramatyka i składnia istotnie należą do najbardziej skomplikowanych w galaktyce. Czy to dlatego go wybrałeś?

Padawan wdzięcznym gestem zsunął rękaw z dłoni i zmienił stronę na ekranie.

– Jako Jedi – odparł z namysłem – powinniśmy nawzajem uzupełniać nasze mocne strony i równoważyć nasze słabości. A zatem nie byłbym sumiennym padawanem, gdybym nie przyłożył się do uzupełnienia tego braku w umiejętnościach mistrza Jinna.

Wygłosił te słowa z kamienną twarzą. Siwe brwi archiwistki uniosły się z rozbawieniem w górę.

– A cóż to za fragment czytasz? – spytała. Zauważyła, że jest w stanie przedzierać się przez długie historyczne rozprawy w średnim twi'lekańskim, a zatem musiał pilnie pracować nad… zrównoważeniem braków mistrza Jinna… od więcej niż paru lat. Zastanowiła się przelotnie, czy ów mistrz domyśla się choć trochę, jakie upokorzenie szykuje dla niego jego padawan. Może tak, może nie. Jinn nie należał do tych, którzy wpatrywaliby się uważnie w przyszłość, choć z pewnością doceni każdy ironiczny niuans tej sprawy, kiedy jego lojalny, wierny uczeń subtelnie go akurat tutaj pokona.

– To? Czytam o historii turnieju Sevy – rzekł Obi-Wan. – Jest fascynująca.

I znów ogarnęło ją przemożne pragnienie, by zapytać, dlaczego nie stanął do turnieju, ale długie dekady treningu Jedi wpajają takt głębiej od wszelkich innych instynktownych zachowań i Jocasta Nu nie była wyjątkiem od tej reguły. Uśmiechnęła się tylko wyrozumiale.

– I czego się do tej pory nauczyłeś?

Podniósł znów oczy, rad, że może podzielić się z kimś świeżo zdobytą wiedzą. Jocasta pokiwała z aprobatą głową. Padawanowie w jego wieku tak często palili się przede wszystkim do wydatkowania energii na szlifowanie umiejętności szermierczych, miast na chciwe czerpanie ze skarbnicy nauki. Trudno nie było zachwycić się tym młodym umysłem, radośnie zajętym zdobywaniem wiedzy, podczas gdy jego rówieśnicy konkurowali w przejęciu o upragnione zwycięstwo w turnieju znanym od setek lat.

– Jak wiesz, mistrzyni, zawody odbywają się na cześć niezwykłej obrony Enklawy Dantooine przez mistrza Sevę, która miała miejsce czterysta lat temu. Mistrz przebywał tam studiując stare teksty i właśnie wtedy banda rabusiów rzuciła się do ataku na Enklawę – musiał stawić im czoła zupełnie sam. Według wszystkich zachowanych zapisków bronił oblężonej placówki aż przez sześć dni, wykorzystując swój spryt, pokonując wrogów podstępem, a wreszcie również w bezpośredniej walce. Ostatniego dnia o zachodzie słońca tylko mistrz Seva pozostał przy życiu, a artefakty oraz księgi zostały ocalone przed kradzieżą lub zniszczeniem.

– Mistrz Seva był jednym z najznamienitszych uczonych Zakonu – uśmiechnęła się szeroko Jocasta.

– I nadzwyczajnym szermierzem – dodał padawan, a w jego głosie dało się wyczuć młodzieńczy entuzjazm, co zachwiało nieco jej wysoką opinią o naukowych zamiłowaniach Obi-Wana.

– Tak, tak. I jestem pewna, że wiesz, że to, jak Turniej jest obecnie zorganizowany odzwierciedla obie strony tego wydarzenia, a także wartości, które chcemy utrwalać poprzez przypominanie o nim.

Skinął poważnie głową. Turniej Sevy odbywał się tylko raz na sześć lat i w związku z tym nieliczni, którzy mogli w nim uczestniczyć, wyczekiwali go z wielką niecierpliwością. Udział w zawodach mieli prawo brać tylko starsi padawanowie. A jako że kolejne edycje odbywały się w tak dużych odstępach czasu, mało prawdopodobne było, że komuś przydarzyłaby się więcej niż jedna szansa, by stanąć w szranki w tym niezwykłym konkursie umiejętności. Zasady były dość proste: uczestnicy mieli za zadanie naśladować nieuchwytnego mistrza z dawnych czasów, kryjąc się przed swoimi rywalami na całym terenie Świątyni i starając się znaleźć innych – nim sami zostaną odnalezieni. Gdy jeden z padawanów trafił na innego, stawał z nim do pojedynku na miecze treningowe. Wynik walki decydował o tym, kto jest wyeliminowany, a kto nadal bierze udział w zawodach – te zaś trwały od wschodu do zachodu słońca w wyznaczonym dniu turnieju. Przez cały czas obowiązywał bardzo surowy kodeks honorowy. O zachodzie słońca wszyscy niewyeliminowani uczestnicy spotykali się w dojo dla starszych padawanów na górnej kondygnacji na końcową walkę, odbywającą się pod nadzorem sędziego, która wyłaniała mistrza turnieju. Zwycięzca miał na koncie dziesiątki wygranych walk, wyśledził wielu przebiegłych przeciwników i przez większość dnia był w stanie unikać swoich utalentowanych, silnych w Mocy towarzyszy. Wyczyn taki był zaiste czymś niezwykłym i tym, którzy byli do tego zdolni, widzowie – a wśród nich nawet członkowie Rady – przyglądali się z zainteresowaniem. Turnieju wyczekiwali zarówno padawanowie, jak i mistrzowie. Stanowił niecodzienne wydarzenie szkoleniowe, to prawda, był jednak również jedną z nielicznych prawdziwych rozrywek – błahych przyjemności – na które pozwalali sobie Jedi rezydujący w Świątyni.

– Tak się zastanawiam, mistrzyni – ciągnął obojętnym tonem Obi-Wan – czy mogłabyś pomóc mi z tym szczególnie trudnym fragmentem… To cytat z samego mistrza Sevy i nie za bardzo sobie z nim radzę.

Jocasta Nu poczuła się zaintrygowana.

– Pokaż mi ten cytat.

Nieśpiesznie wyświetlił go na ekranie czytnika – ta powolność była dla niego bardzo nietypowa. W międzyczasie jakiś wysoki padawan stanął w drzwiach po prawej, spojrzał na nich z ciekawością, a później znikł, niczym zjawa w brązach i beżach. Oczy Obi-Wana prześliznęły się szybko po nim – był to z pewnością jeden z uczestników turnieju – a następnie spoczęły spokojnie na tekście przed nim.

- Proszę. Czy mogłabyś go przetłumaczyć, mistrzyni?

Nachyliła się nad czytnikiem.

- A tak, to dość trudne. Wiesz, Seva miał charakterystyczny styl… Ale to jest słynny czterowiersz. Mój twi'lekański trochę zardzewiał, w tłumaczeniu na podstawowy będzie to jednak tak: „Las kryje się wśród swych drzew; powietrze trwa zastygłe w bryzie; słońce zda się mnogie na morzu; choć jestem tu, nie widzisz mnie". W zasadzie to zagadka. Wiele mądrości mistrza Sevy jest zawartych właśnie w takich wierszach lub jeszcze bardziej nieprzeniknionych aforyzmach. Jestem pewna, że wiele z nich już słyszałeś jako młodziutki adept, choć nikt nie mówił wam wtedy, kto jest ich autorem.

Obi-Wan ponownie rzucił okiem na puste teraz drzwi, z zagadkowym uśmiechem na twarzy. Spojrzał na swoje dłonie i wsunął je w rękawy.

- Dziękuję - rzekł.

Postanowiła nie przejmować się taktem i zapytać go wprost. Wszyscy spodziewali się, że uczeń Qui-Gon Jinna weźmie udział w turnieju; co więcej, spodziewali się, że dobrze się w nim spisze. Jego nauczyciel nie był może najlepszym strategiem, ale postępował w sposób absolutnie nieprzewidywalny i zarazem błyskotliwy. Zaś jego padawan okazywał, w powszechnej opinii, wyraźny talent w przebiegłości i sprycie, żeby już nie wspominać o jego szybko rosnącej renomie obiecującego szermierza. A tymczasem był tutaj, w Archiwach, rozkoszując się spokojnym porankiem i rozmyślając nad starymi zagadkami.

- Nie bierzesz udziału w turnieju? – zagadnęła bez ogródek.

Zarumienił się lekko… I zadrgały mu usta. Przez chwilę nic nie mówił, zbierając myśli.

- Turniej… – odezwał się wreszcie, całkowicie beznamiętnym tonem. – Ci, którzy zostali wyeliminowani, mogą wrócić do zwykłych zajęć. A... hmm… Uczenie się twi'lekańskiego jest jednym z moich zwykłych zajęć.

Jocastę przepełniał podziw dla jego opanowania. Od wschodu słońca upłynęły niespełna dwie godziny. Turniej był wręcz w powijakach.

- Traktujesz porażkę z niezwykłą pogodą - zauważyła. – Niejeden padawan okazałby rozczarowanie, gdyby odpadł z zawodów tak wcześnie.

Skłonił głowę, przyjmując komplement.

- Mistrz Jinn nauczył mnie wiele - odparł. – O porażce, a także o sukcesie. Pragnę tylko dorównać mądrości tych nauk.

Cóż za pewność siebie – w dodatku pełna równowagi! Jocasta była pod wrażeniem. Jako że miała jednak również wysoce logiczny umysł, rozważnie przeanalizowała jego słowa, zastanawiając się nad ich implikacjami i skojarzeniami, jakie ze sobą niosły i na jej ustach zarysował się z wolna uśmiech zrozumienia.

Założyła ręce zdecydowanym gestem za swoje długie, haftowane tabardy.

- Rozumiem - powiedziała. – Cóż, należy ci się pochwała za oddanie nauce. Ośmielę się rzec, że ty i mistrz Seva macie wiele wspólnego.

Wstał i ukłonił się nadzwyczaj uprzejmie.

- Jestem zaszczycony tym porównaniem, pani Nu.